Na tropach elektroniki, czyli Prawo Murphy’ego i czemu technologia mnie nienawidzi

FeaturedNa tropach elektroniki, czyli Prawo Murphy’ego i czemu technologia mnie nienawidzi

Tym tytułem rozpoczynam pierwszy post na blogu, który poświęcę w całości mojej cudownej osobie i mojemu stypendium w Japonii! Jest trochę długi (jak i sam wpis), ale dopiero stawiam pierwsze kroki w blogosferze, więc proszę się nie zrażać!

 

Będąc młodą japonistką, postanowiłam stać się pełnowartościowym, nowoczesnym człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku. Wszyscy wiemy, że nie jest to możliwe bez ciągłego dostępu do mediów społecznościowych i obowiązkowego gapienia się we własnego smarfona. Żadna z tych czynności nie może być w sposób przekonywujący wykonywana, jeśli wymieniony człowiek nie posiada internetu w telefonie. A ponieważ drzewa nie zaczęły jeszcze emitować wifi (dlaczego???), zakup pakietu z transferem danych zdaje się nieunikniony.

avodqzv_700b

Japoński system kart SIM różni się od polskiego w wielu aspektach. Po pierwsze “podstawą” wszelkich pakietów nie jest numer i możliwość dzwonienia, ale internet. Innymi słowy, da się kupić kartę SIM z samym internetem, ale bez numeru telefonu (i tym samym bez możliwości odbierania i wykonywania połączeń). Za to nie da się kupić samego numeru i samych połączeń. Czyli całe społeczeństwo ma internet przez cały czas! (Koniec wymówek typu: “Nie mogłem odczytać twojego maila, byłem cały dzień odcięty od sieci.” Hm, to nadaje nowe znaczenie stwierdzeniu: “Nie masz internetu, nie istniejesz.”)

Obcokrajowcy mogą nabyć kartę SIM, jeśli okażą kartę rezydenta i kartę kredytową. Proste, nie?

NIE. Sam zakup owszem nie jest olimpijskim wyczynem (Kiedy już zrozumiesz, które z tysiąca zdań wypowiedzianych przez ekspedientkę do czegokolwiek ci się przydadzą. Gdzieś w zakamarkach keigo, pomiędzy wszystkimi ninarimasu, degozaimasu i masu-desu, może czaić się niespodziewany podatek, wcześniej dyskretnie pominięty lub informacja na temat likwidacji konta. #classicJapan). Ale przejdźmy do aktywacji konta. Tutaj zaczyna się cała zabawa. Po pierwsze należy znaleźć APN na telefonie. Moim zdaniem wszyscy producenci telefonów uparli się, aby jak najbardziej skomplikować proces i uniemożliwić niewinnemu użytkownikowi bezproblemowo dojść do tej informacji. Na szczęście pół świata ma ten problem i wszystko jest na Googlu 🙂

Szukając APNu

Znalazłszy APN i uzupełniwszy wszystkie informacje, można wreszcie przystąpić do aktywowania konta! Czyli bardzo ostrożnie otworzyć przeglądarkę upewniwszy się uprzednio, że wszystkie inne karty i przeglądarki są ZAMKNIĘTE (albowiem japońska karta SIM to zazdrosna istota). Później już idzie dość gładko, może poza wpisaniem numeru telefonu w odpowiednią rubrykę (polski też ujdzie, tylko z zerem na początku i bez kierunkowego).

A, i oczywiście wszystkie instrukcje są po japońsku. Czyli bez znajomości japońskiego, google translatora, słownika i wyszukiwarki ani rusz.

Wszystko pięknie, tylko jak zwykle działa niezastąpione Prawo Murphy’ego.

murphys-law
“Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie źle.” Prawo Murphy’ego

Chociaż może ma to więcej wspólnego z moim złym wpływem na wszelkiego typu produkty elektroniczne. W każdym razie próbowałam aktywować moją kartę i próbowałam, aż po tysięcznym razie postanowiłam przetłumaczyć treść komunikatu, który mi się nieustannie wyświetlał – minął termin możliwość aktywacji. Wyciągnęłam logiczny wniosek, że gwarantowane dwa tygodnie nie mogły minąć w ciągu 2 godzin. W związku z tym odłożyłam ten problem na później i ze współlokatorkami wybrałam się do Akihabary.

AKIHABARA

Jest wiele powodów, dla których warto odwiedzić Tokio. I myślę, że każdy by znalazł ich chociaż kilka. Ci, którzy pomyśleli w tym momencie o mandze czy anime, z pewnością słyszeli o Akihabarze – dzielnicy w Tokio pełnej sklepów z komiksami, figurkami, kartami do gry, kostiumami i elektroniką. Ja jako szanująca się studentka z wymiany, która jest ponad tym zwierzęcym szałem, pojechałam szukać suszarki. (Tej ostatniej nie znalazłam. Za to dzielnie wygrałam walkę z automatem sprzedającym magnesy z BB8. Ale jeszcze tam skoczę. Tak tylko na chwilkę. Tylko zobaczyć, czy nie będą mieli breloczków.)

img_20160911_160522

Akihabara jest świetnym miejscem, aby poczuć się skołowanym, zagubionym i przytłoczonym. Tłum ludzi przewala się ulicami (głównie faceci, co nie dziwi), sprzedawcy krzyczą i mówią do ciebie, nawet kiedy stoisz do nich plecami i ewidentnie ignorujesz. Na ulicy dziewczyny zapraszają do Maid Cafes (kawiarnie, w których obsłuży cię urocza kelnerka w różowej sukience, a ty sporo zapłacisz za samo siedzenie). Sklepy prześcigają się w tym, który z nich puści bardziej irytującą piosenkę. Prawdziwe Tokio Experience!

hdr
Ludzie, ludzie, ludzie… Zwróćcie uwagę na tę dziewczynę w szpilkach i czerwonym kostiumie po prawej!

 

img_20160911_151813
Odbicie pierwsza klasa!
img_20160911_154741
Światowa kariera kebaba
img_20160911_154741-kopia
KEBAB SUSI!!!

20150822_173507

20150822_172505

20150822_171051

20150822_170437

Z Akihabarą wiąże się również zakończenie tragicznej historii mojej karty SIM. W dzielnicy mieści się bowiem filia sklepu, w którym rzeczoną kartę zakupiłam. Przedzierając się więc przez tłumy ludzi próbujących mi wcisnąć ulotkę, namówić do zakupu czegoś albo zwyczajnie ogłuszyć, znalazłam w końcu miłego pracownika. Miły pracownik chyba zrozumiał, na czym polega mój problem. Albo i nie. W każdym razie sam spróbował aktywować kartę (ze zdumieniem patrzyłam, jak za każdym razem zaczynał wpisywanie adresu w wyszukiwarkę od: http://www. ), również poniósł porażkę, więc przyniósł nową kartę, zamienił, połączył mnie z wifi sklepu (nie wiem po co, ale mam dodatkowe miejsce z darmowym wifi!) i WRESZCIE ZADZIAŁAŁO! Tadaam!

Dlatego od teraz należę do uprzywilejowanej część ludzkości, która nie musi nudzić się własnym towarzystwem. Gdziekolwiek będę, zawsze mogę oglądać śmieszne koty na youtubie lub stalkować znajomych na fejsie!

Z zatłoczonego Tokio pozdrawia Malwina – młoda Japonistka.

Advertisements

Wielkanoc w cieniu kwitnących wiśni

Wielkanoc w cieniu kwitnących wiśni

Będąc młodą japonistką, wciąż jestem wierna własnej tradycji. Dlatego dzisiejszy wpis dotyczy Wielkanocy! Po raz pierwszy miałam okazję świętować ją z dala od rodziny, znajomych i całej naszej polskiej tradycji, za to pomiędzy kwitnącymi wiśniami i ze słońcem na twarzy! W związku z tym postanowiłam się podzielić wrażeniami z przeżywania zmartwychwstania Jezusa w stylu azjatyckim.

Zacznijmy od podstawowego pytania – czy przeciętny Japończyk wie, kiedy jest Wielkanoc. Odpowiedź brzmi: pewnie mniej więcej ogarnia, że na wiosnę. Widziałam w sklepach parę ciasteczek z napisem „Wielkanoc” (イースター) oraz dwa zeszyty, ale to tyle. Święta Wielkiej Nocy uniknęły komercjalizacji, w związku z czym prawdopodobieństwo wpadnięcia na pisanki czy czekoladowe króliczki w supermarkecie jest znikome. Z drugiej strony utrudnia to zadanie tym, którzy wymyślili sobie wysłanie kartek z życzeniami do rodziny. Mi się żadnych znaleźć nie udało. Żałuję, że nie kupiłam noworocznych – jest chiński rok koguta. Przynajmniej jeden element by się zgadzał…

Jednak to, co najbardziej utrudnia pamiętanie konkretnej daty święta jest brak dnia wolnego. Jeśli od miesiąca nie próbujesz kupić tanich biletów do miasta rodzinnego lub nie kombinujesz, w których godzinach będą najmniejsze korki wyjazdowe, to co to za święta?! Dobra, mogę sobie do tego lekko podchodzić,bo jestem studentką, dla której ominięcie zajęć nie jest wielkim problemem. Ale wiele osób musi pracować, co nierzadko uniemożliwia im uczestnictwo w uroczystościach kościelnych. Szkoda.

Tego, czego jeszcze nie ma w Japonii, to przedświąteczna gorączka mycia, pucowania i zakupów. Z braku wyrzutów sumienia związanych z nieszorowaniem podłóg w ostatniej chwili i niepomaganiem w przygotowaniach do świąt, musiałam pójść do spowiedzi w ostatniej chwili. Przynajmniej miałam czym się denerwować. To bardzo nienaturalne, kiedy w Wielką Środę idziesz sobie spokojnie ze znajomymi na piknik i nie czujesz się wyrodnym dzieckiem, które powinno w tym czasie szorować fugi w łazience.

IMG_20170408_123906
Oni też nie sprzątają.

Triduum bez całowania

Jeśli chodzi o część kościelną, to mogę się podzielić spostrzeżeniami z parafii, do której uczęszczam. Wspólnota jest dość mała, prowadzona przez braci Augustynów i w większości jej szeregi zasilają wszelkiej maści imigranci. Dlatego dla mnie, przyzwyczajonej do obchodów na wypasie, z wielką pompą, organami, scholą, dzwonami, kadzidłem i tłumem, Triduum wydało się dość minimalistyczne. W żaden z dni ławki nie były wypełnione. Z ministrantów do mszy służył tylko jeden z braci. Pieśni prowadziła jedna kantorka, przygrywając sobie na keybordzie.

Ale mimo to Triduum nie straciło w moich oczach nic ze swojej świętości i piękną. Co prawda wszystkie nabożeństwa prowadzono po japońsku, ale język już mniej-więcej rozumiem i trochę się obyłam ze słownictwem kościelnym przez te parę miesięcy. Liturgie sprawowano tak jak trzeba, czyli wszystkie elementy były na swoim miejscu. W Wielki Czwartek umyto mężczyznom nogi. Co prawda było ich tylko pięciu i nie wychodzili na środek. Na koniec liturgii hostie zostały przeniesione do bocznej kaplicy, z której zrobiono ciemnicę.

Liturgia Wielkiego Piątku była podejrzanie krótka. Zamiast trzech godzin wyrobiliśmy się w godzinę. Poza tym adoracja krzyża nie wymagała od nikogo całowania figury. Jak to Japończycy załatwili sprawę pokłonem. Dawno nie sprzeniewierzałam się polskiej tradycji z taką radością! Nawiasem mówiąc, w japońskich kościołach nigdy się nie klęka – wystarczy ukłon. Nic dziwnego, w ich tradycji uklęknięcie nic nie znaczy.

Dodatkowo, moja parafia przyjęła bardzo ciekawą metodę czytania Męki Pańskiej. Fragmenty „Ukrzyżuj go!” wszyscy wierni czytali chórem. Takie małe przypomnienie, że nawet 9000 kilometrów od Jerozolimy, 2000 lat później, wszyscy uczestniczymy w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Ładnie.

Niestety troszeczkę przesadzono ze szlachetnym minimalizmem podczas Wigilii Wielkiej Nocy. Zrezygnowano prawie ze wszystkich czytań. Z litanii do wszystkich świętych też. Rozumiem, że czas goni, ale bez przesady. I tak całość skończyła się przed 21… Nikogo nie chrzcili, za to jedna kobietka przechodziła z luteranizmu na katolicyzm. W ramach białej szaty dostała „firankę” na głowę. Nawiasem mówiąc, widziłam dużo pań w takich woalkach normalnie przychodzących na mszę. Lokalna tradycja.

Jak się zbawić bez święconki…?

W ostatecznym rozrachunku nie tęskniłam aż tak bardzo za domem i polską Wielkanocą, jak się wcześniej obawiałam. To prawda, było mi trochę smutno, ale rozgoniłyśmy smutki przygotowując dużo polskiego jedzenia i jadąc na polską mszę po święconkę (BO BEZ ŚWIĘCONKI NIE MA ZBAWIENIA!!!). Miło zobaczyć tokijską Polonię, pośpiewać na dwadzieścia głosów i posłuchać kazania, które nie miało sensu („..dano nam puls serca Jezusa”).

Innymi słowy co tu dużo pisać, Wielkanoc zawsze jest Wielkanocą, nawet na drugim końcu globu. Cieszę się, że mogłam ją spędzić raz tak daleko od domu. Pozwoliło mi to zobaczyć, że jednak lubię Wielkanoc nie tylko ze względu na naszą tradycję narodową. I pewnie jeszcze bradziej docenić to, z jakim hukiem obchodzi się święta w Piasecznie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku już będę w domu! 😀

Wszystkim czytającym składam najserdeczniejsze życzenia na cały okres wielkanocny. Alleluja! Chrystus zmartwychwstał!

O tym jak spędzam ferie i dlaczego jestem leniwym leniem

O tym jak spędzam ferie i dlaczego jestem leniwym leniem

Witajcie na blogu po baaaardzo długiej przerwie! W dniu dzisiejszym uraczę was fascynającym opisem ukulturalniania się, dam obietnicę bez pokrycia i udowodnię, że głupia robota czasem ma sens.

Będąc młodą japonistką, stwierdzam, iż jestem bardzo leniwym stworzeniem. Nie chciało mi się pisać bloga i zarzuciłam pisanie na dobre parę miesięcy. Ale postanowiłam nadrobić zaległości! Obiecuję co najmniej dwa razy w tygodniu napisać coś o moim życiu leniwej studentki z wymiany. I dodać dużo obrazków dla tych, którzy nie lubią ścian tekstu (to ja).

W ostatnim czasie miałam więcej czasu dla siebie – na początku lutego zakończyłam egzaminy, oddałam wszystkie prace i wreszcie miałam czas oddalić się od Tokio na odległość większą niż „musimy już wracać, bo jeszcze muszę wpaść do supermarketu”. O naszej dużej samochodowej wycieczce poza stolicę napiszę w kolejnym poście (obiecuję!). Mniej więcej wiecie jak wyglądała, jeśli śledzicie mnie na snapchacie, instagramie, albo mojego tatę na facebooku 😉

Dzisiaj jednak chciałam napisać o czym innym. Tak jak już wspomniałam we wstępie (ukulturalnianie), byłam na wystawie w tokijskim Narodowym Centrum Sztuki (The National Art Center) w dzielnicy Roppongi. Budynek sam w sobie jest bardzo miłym dla oka przykładem nowoczesnej architektury (stosunkowo nowym, muzeum właśnie świętuje dziesięciolecie). Przy jego budowie postawiono na dużo szkła, dzięki czemu nie ma się wrażenia wchodzenia do grobowca ani innego brzydactwa, w których często lubują się architekci.

img_20170306_131423

img_20170306_125009img_20170306_125048

Wystawa nosi tytuł „Yayoi Kusama – My Eternal Soul” („Yayoi Kusama – Moja Wieczna Dusza”) i jest swoistą „przeglądówką” przez twórczość artystki na przestrzeni 70 lat oraz prezentacją serii jej najnowszych obrazów o tytule (niespodzianka) „Moja Wieczna Dusza”.

img_20170306_120756

Yayoi Kusama jest najprawdopodobniej najbardziej znaną na świecie japońską artystką i pisarką. Urodziła się w 1929 roku w mieście Matsumoto w Japonii, jednak tylko część życia spędziła w ojczyźnie. Jak wielu innych twórców w latach pięćdziesiątych przeniosła się do Nowego Jorku (w jaki sposób to miasto jeszcze nie pękło w szwach, skoro każda twórcza głowa się tam przeprowadza?), gdzie stała się częścią tamtejszej awangardy. Przez większość swego życia tworzyła w Ameryce. Teraz ma 88 lat i jak oświadczyła, zamierza tworzyć sztukę aż do śmierci.

Jednymi z bardziej charakterystycznych cech twórczości artystki są powtarzające się kropki, dynie i elementy falliczne (jak na prawdziwego artystę przystało). Yayoi Kusama od wczesnego dzieciństwa twórczością leczyła swoje obsesje i lęki. Dlatego w jej obrazach powracającym motywem są śmierć, seks i wszelaka powtarzalność. Nie tylko maluje obrazy, ale również tworzy rzeźby i instalacje.

A rzeźby i instalacje to to, co u Kusamy uwielbiam najbardziej! W 2004 roku mama zaprowadziła mnie na wystawę tejże Japonki do Zachęty (…..to już 13 lat…..) i tam zostałam oczarowana kropkami i kolorami, którymi artystka posługuje się w sposób naprawdę mistrzowski. Chyba Kusamę mogę winić za pomarańczowe ściany w moim pokoju…

img_20170306_131215img_20170306_132125img_20170306_124857

Wystawa w większości była objęta zakazem fotografowania (Chlip, chlip. Mniej rozmazanych zdjęć i głupich selfie.) W większości na eksponaty wybrano obrazy i rzeźby. Trochę brakowało mi instalacji, do których mogłam wejść, tak jak wiele lat temu w Zachęcie. Z drugiej strony dawno nie widziałam tak porządnie przygotowanego przeglądu przez całą twórczość artystki z klarownymi i krótkimi opisami oraz notkami biograficznymi. (oklaski)

Zresztą niedostatek instalacji wynagrodził mi mały biały pokój, przy wejściu do którego zwiedzającym wręczano kolorowe naklejki-kropki. W ten sposób obklejając ściany mogliśmy stać się współtworzącymi sztukę. Ha!

img_20170306_124532img_20170306_124743

Nie byłoby jednak elementu japońskiego w tym wszystkim, gdybym nie napisała o półgodzinnej kolejce do kasy w sklepiku muzealnym (viva la komsumpcjonizm!) oraz o paniach przy wejściu, które mówią do zwiedzających, którzy ich nie słuchają. To jakaś ogólnojapońska tradycja. Recytowały coś na temat robienia zdjęć, ale w tak poplątany sposób, że już nie wiedziałam, czy mogę robić zdjęcia, nie robić, oddać im aparat, im zrobić zdjęcia, wziąć obrazy do domu?

img_20170306_124358
Czy ktoś widział towary?
img_20170306_120608
Zapłacić czekają

Co do pracy, która ma sens. Ostatnio w ramach fascynujących zadań, za które mi płacą na uniwerku, segregowałam i wywieszałam ulotki. Pośród stosu makulatury wysyłanej Josaiowi przez różne firmy i innych morderców drzew, były darmowe bilety na rzeczoną wystawę! Dawno się tak nie cieszyłam na widok papieru 😀

To tyle na dzisiaj. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin na temat januszowanej wizyty w muzeum. Pozdrawiam z kulturalnego Tokio i obiecuję wpis o samochodowych wojażach po Japonii.

Jeśli nie wywiążę się z obietnicy, mozecie wysyłać mi listy z pogóżkami. Lubię dostawać listy!

Ale tym razem naprawdę będę pisać. Jest Wielki Post, trzeba dotrzymywać obietnic. Chyba że poświęcę się całkowicie szukaniu darmowych biletów.

O japońskich uniwersytetach krótko i subiektywnie

O japońskich uniwersytetach krótko i subiektywnie

Dzisiejszy post będzie dotyczył japońskich uniwersytetów. Od razu zaznaczę, że nie jest to praca naukowa pisana w oparciu o stos źródeł (bleh), a raczej moje pierwsze wrażenia z Japonii, skonfrontowane z tym, co usłyszałam wcześniej. Zaprawione zdziwieniem nad tajemnicami wszechświata oraz ludu japońskiego.

Będąc młodą japonistką, pomyliłam numery sal i zamiast na zajęcia językowe, trafiłam na inny przedmiot. Nie mam pojęcia jaki. Nauczyciel Japończyk wszedł, napisał ciąg znaków na tablicy i zaczął mówić. W wyrzucaniu z siebie potoku słów w ogóle nie przeszkadzała mu dwójka siedzących w klasie obcokrajowców, dwóch japońskich studentów siedzących w tyle sali, którzy przez cały czas gadali (wcale nie szeptem), dziewczyny gapiące się nieustannie w smartfony… Ani tym bardziej student, który położył głowę na ławce i spał. Dodam, że nie była to wielka sala wykładowa, a raczej pomieszczenie rozmiarem przypominające klasę szkolną.

img_20160914_150738
Jeden z budynków mojego uniwersytetu

Wcześniej wiele mi opowiadano o nauczaniu uniwersyteckim w Japonii. Tamtejsza młodzież tak ciężko pracuje w szkole, że studia stają się jedynym czasem wolności. Bardzo trudno się na nie dostać (koszmarne egzaminy wstępne), ale utrzymanie się jest względnie łatwe (choć pewnie jak zwykle nie dotyczy to medycyny 🙂 ). Studia licencjackie trwają cztery lata i mało kto robi po nich magisterkę. Większość od razu idzie do pracy, by przez długie lata wyrabiać nadgodziny i spać w metrze.

img_20160907_180641

Uzbrojona w taką wiedzę, nie zakładałam, że ten rok zmusi mnie do bardzo wytężonej pracy akademickiej. Wciąż tak naprawdę nie wiem, jak każdy z przedmiotów będzie wyglądał, ale to mnie nie dziwi. Na UW było tak samo. To, co mnie wprawiło w konsternację, zagubienie i przeniosło moje brwi na wysokość górnego krańca kości czołowej, to japońscy studenci i ich generalne podejście do zajęć. Odnoszę wrażenie, że oni w ogóle nie wiedzą, po co przyszli na uniwersytet. Bo jak można przez całe zajęcia spać, siedzieć na smartfonie i nigdy nie robić notatek? O uczestnictwie w zajęciach już nawet nie mówię.

img_20160915_125840
Ten korytarz to ładny i wygodny korytarz! (a kawa byle jaka)
img_20160907_165326
Płatnych uniwersytetów czar…

Znajomość angielskiego wśród Japończyków nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Oczywiście są jednostki, które się z determinacją uczyły (rzadko), albo mieszkały w Ameryce (częściej). Jednak większość z nich powtarza sobie, że japoński na tyle się różni od innych języków, że nie są się w stanie go nauczyć.* A wszyscy wiemy, jak to się kończy. Jak uwierzysz, że czegoś nie zrobisz, to tego nie zrobisz. Kropka.

img_20160915_152331

Josai International University nie jest topowym uniwesytetem japońskim. To raczej jedna z mniejszych prywatnych instytucji, których pełno jest w Tokio. I dlatego też nie trafiają tu najlepsi studenci w kraju. Ale myślę, że to nie wyjaśnia TAK kiepskiego podejścia do nauki, jaki charakteryzuje tutejszych studentów. A może wyjaśnia? Będę miała cały rok na zgłębienie tematu!

img_20160915_152327
Zieleń w miejskiej dżungli
img_20160921_164903
Mają tam dinozaura!!!

Wracając jeszcze do JIU, uniwersytet może i jest mały, ale ma wielkie ambicje stania się bardzo, baardzo, baaardzo międzynarodowy. A temu służy zapraszanie obcokrajowców. Którzy poza byciem i świeceniem białymi twarzami (uwaga!) uczestniczą w zajęciach i są bardzo wdzięczni za możliwość przyjazdu do Japonii. Układ idealny.

Z japońskiej i nieumiędzynarodowionej Japonii pozdrawia Malwina – bardzo poważna studentka. Bardzo poważana.

Bardzo, bardzo poważna.

_________________________________________________________________

*  Tej informacji jeszcze nie zweryfikowałam osobiście. Ale usłyszałam ją od dziewczyny, która mieszka tu już trzy lata…

Opowieść o Ikebukuro, powrotach i nostalgii

Opowieść o Ikebukuro, powrotach i nostalgii

Dzisiejszy post jest krótszy i dotyczy konkretnej dzielnicy w Tokio, a właściwie moich impresji na jej temat (stąd ten poetycki tytuł…). Jestem pewna, że za rok powiem wam o wiele więcej! Będzie też dużo obrazków.

Będąc młodą japonistką, zrezygnowałam ze spędzenia piątkowego popołudnia przed komputerem. Zamiast tego w umiarkowanie imprezowym nastroju zaciągnęłam współlokatorki do Ikebukuro.

Możliwe, że część z was kojarzy dzielnicę Tokio zwaną Shibuya – mieści się tam jedno z najsłynniejszych skrzyżowań w Tokio. Innymi słowy, jeśli oglądaliście jakiś film ze stolicą Japonii w roli głównej lub pobocznej, Shibuya tam była! Tokio jak każda metropolia, ma parę pokaźnych dzielnic rozrywkowych (Kabukicho, Roppongi), ale również mniejsze.

Jedną z nich jest właśnie małe, urocze Ikebukuro. Nie przytłacza hałasem jak Shibuya czy Akihabara, ale wciąż pozostaje miejscem, do którego przyjeżdża się aby zjeść, zrobić zakupy, pograć w gry czy kupić komiksy. Akihabara cieszy się dużą popularnością wśród facetów przez pokaźną ilość miejsc, gdzie można kupić komiksy z cytatymi laskami, figurki cytatych lasek i katany.

img_20160916_214602img_20160916_214511

img_20160916_213646img_20160916_200344

img_20160916_213817
Przypadkowy, trochę podejrzany Japończyk
img_20160916_192018
Big city lights…

img_20160916_191849

Ikebukuro jest bardziej skierowane do dziewczyn. Sprzedaje się tam dużo komiksów czytanych przez panie, gadżetów z postaciami z mang ‘dziewczyńskich’ oraz słodkich rzeczy. Japończycy bardzo poważnie podchodzą do kwestii słodkości. Sklep, który ma sprzedawać urocze rzeczy będzie uroczy! Różowe ściany i różowe schody to tylko podstawa. W tle leci urocza muzyka, sprzedawczynie są ubrane w urocze ubranka, wszystkie produkty są baaardzo urocze. Serce się raduje

img_20160916_205855
Z pozdrowieniami dla Felka 

Wyjąsnię jeszcze kwestię mang czytanych przez dziewczyny, bo to dość ciekawy i pewnie przez was nieznany temat. Płeć piękna w Japonii tradycyjnie zaczytuje się w romansidłach (mniej lub bardziej poważnych). Zazwyczaj bohaterki są uczennicami liceum, zakochują się w starszym koledze, wszyscy są strasznie nieśmiali, coś tam coś tam, szkolny festiwal, coś tam, rzeka, ktoś się obraża, bla bla bla, wielka miłość. (To nie jest mój ulubiony gatunek, ok?) Są jeszcze poważniejsze romanse, które są mniej naiwne (Ale ich też nie czytam).

Jest jeszcze druga grupa komiksów, która pozostaje dla mnie wciąż niezrozumiałym fenomenem kultury współczesnej (nie tylko japońskiej). Są to mianowicie wszystkie magi o tematyce gejowskiej – od delikatnych w stylu „jest słodko i trzymamy się za rączki” do pornosów. Kobiety szaleją.

img_20160916_203752

Oczywiście nie brakuje miejsc, gdzie można pograć w gry. Lub też złapać maskotkę w Jednorękim Bandycie. Japończycy chyba wierzą, że kiedyś im się to uda, bo od lokali z tego typu urządzeniami aż się roi (naiwność narodowa???).

Nad Ikebukuro dumnie góruje Sunshine City – parudziesięciopiętrowy wieżowiec z centrum handlowym, oceanarium, tarasem widokowym i czego tylko dusza zapragnie.

img_20160916_201712
Robi wrażenie…
img_20160916_201839
Sunshine City

Moja miłość do Ikebukuro wynika również z nostalgii – Ikebukuro było pierwszym z miejsc w Japonii, które zwiedziłam. Na tutejszej stacji metra po raz pierwszy się zgubiłam, szukałam szafki na torbę i czekałam na autobus nocny. A pod koniec sierpnia mieszkałam w tej dzielnicy przez kilka dni, byłam w kinie, zaczepiał nas jakiś typ twierdzący, że jest japońskim ninja oraz przepłaciłam w restauracji (podstępne opłaty za siedzenie!). W niektóre miejsca powrót to czysta przyjemność!

Z prawie-jesiennej Japonii pozdrawia Malwina – młoda japonistka!

O ukłonach, chińskich komórkach i trudnej sztuce wyjaśniania

O ukłonach, chińskich komórkach i trudnej sztuce wyjaśniania

Dzisiejszy post opowiada o początkach roku szkolnego oraz o moim pierwszym (choć nie niespodziewanym) szoku kulturowym. Bo Japonia jest piękna, ale też bardzo inna.

Będąc młodą japonistką, przeżyłam swój pierwszy japoński początek roku szkolnego. A początek roku należał do tych dni, po których wracasz do domu i jedyne, na co masz ochotę to zejść, umyć się, obejrzeć coś głupiego i iść spać. Nie chcę przez to powiedzieć, że było źle. Tylko po prostu mę~czą~co i dłuuuugo. Ale też miałam okazję doświadczyć innej kultury namacalnie i na własnej skórze!

Jako że cała ceremonia otwarcia rozpoczynała się o 11, dlatego już o 8 busik zabrał nas z osiedla do Togane. W tym małym mieście pod Tokio mieści się główna filia uniwersytetu. Kiedy usłyszałam, że tamtejsi studenci dojeżdżają rowerem na zajęcia, a na plażę mają kilkanaście minut, poczułam ukłucie zazdrości. Kiedy zobaczyłam zdjęcia pająka wielkość dłoni, z miłością pomyślałam o smogu i zatłoczonym metrze.

Japończycy bardzo postarali się, abyśmy się nie spóźnili. Dlatego na miejsce przybyliśmy dwie godziny za wcześnie. Kilkoro z nas miało dać małe przemówienie na ceremonii otwarcia, więc wykorzystali ten czas na przestawianie się z miejsca na miejsce i ćwiczenie ukłonów (ukłony są BARDZO ważne! – ale o tym później). Reszta z nas gapiła się w ścianę, gapiła się w telefony, gapiła się w kartki z notatkami (miał być test poziomujący i parę osób się UCZYŁO!), gapiło się na Chińczyków. Wygląda na to, że studia zagraniczne na Uniwersytecie Josai są bardzo popularne wśród tej nacji.

Japończycy uwielbiają ceremonie. Wiedziałam o tym już wcześniej, ale nigdy nie przypuszczałam, że na taką skalę. Na ceremonii otwarcia wszyscy zajęliśmy miejsca w dużej auli, zaś na scenie zasiedli wszyscy rektorzy, dyrektorzy, profesorowie, przedstawiciele ambasad i paru asystentów (którzy siedzieli za telebinem, coby nie psuli kompozycji).

img_20160913_111041
Jako pierwszy przemawiał wicerektor. Jego przemowę poprzedziła komenda po japońsku i angielsku: „New students, stand up! Bow! Sit down!” („Nowi studenci, wstańcie! Ukłońcie się! Usiądźcie!”). Byliśmy troszeczkę zdziwieni, ale szybko złożyliśmy pulpity, wstaliśmy, usiedliśmy i znów rozłożyliśmy stoliki. Kiedy skończył na dźwięk komendy znów zlożyliśmy pulpity, wstaliśmy, ukłoniliśmy się, usiedliśmy. Uff. Za wicerektorem przemawiała rektor, której przemówienie również rozpoczęliśmy od wstania, złożenia pulpitów, ukłonu… (Chociaż w tym momencie większość z nas już zwątpiła w sens rozkładania pulpitu.) Wszystkich mów podczas ceremonii było jedenaście. Przez ten czas wykonałam więcej ukłonów niż podczas całego życia. Chyba wykształcił mi się dodatkowy zawias w ciele.

Po ceremonii nastąpił niesamowicie źle zorganizowany poczęstunek. Bo cóż to za pomysł, żeby postawić całą masę dwudziestolatków w sali nad stołami z jedzeniem, zabronić jeść i dalej dawać przemowy? Zwłaszcza, że w ogóle nie było ich słychać… Ale przynajmniej tym razem nie trzeba się było kłaniać! 🙂 I jeszcze raz można się było poprzyglądać chińskim studentom. Ich główną cechą, poza ciemnymi włosami, były duże smartfony (po jednym na głowę). Jeden z nich znalazłam w toalecie razem z okularami. Właścicielka musiała być bardzo skonfudowana.
Od czasu, kiedy zwlokłam się z łóżka minęło dopiero 8 godzin, dlatego nadeszła pora na test poziomujący z japońskiego. Na szczęście został przeprowadzony w starojapońskim systemie abcd, więc nie zajął zbyt wiele czasu i nie wymagał kreatywności, niemożliwej już po tylu godzinach.

Niestety gwoździem do trumny okazało się końcowe spotkanie, poświęcone naszym programom stypendialnym. Nauczyciele próbowali nam wytłumaczyć, na czym będzie polegała nasza praca i ile zajęć powinniśmy wyrobić. Niestety nic z tego nie wynikało, wersje się nie pokrywały ze sobą, a nasze głowy eksplodowały z konfuzji w losowej kolejności.
Wyszłam z tego spotkania z kilkoma wnioskami: a) Japończycy nie umieją tłumaczyć, b) wymiany zagraniczne to zawsze bałagan, c) nikt nic nie wie, ale będzie dobrze! Pieniądze będą nam wypłacać regularnie, a w takim razie pracę na pewno nam znajdą.

snapchat-972236486889617783

snapchat-8955575743709630105
Bardzo padało, więc tym razem jakość zdjęć kiepska 😦
img_20160913_182416
Maskotka!

BONUS

O japońskim zorganizowaniu słów kilka. Pewien amerykański student przylatywał wczoraj na Naritę. Pracownik uniwersytetu miał go stamtąd odebrać. Następnego dnia rzeczony pracownik pyta się Anny (Polki pracującej na Josai w roli sekretarki / koordynator), gdzie jest student. Okazało się, że znalezienie jednego obcokrajowca na lotnisku okazało się zbyt trudne. Wcześniejsze zapytanie się, jak wygląda, tudzież zadzwonienie do Anny na lotnisku również. A na dodatek powiedział, że to wszystko jej wina, bo nie dostał odpowiedniej ilości informacji.

Z Japonii pełnej niespodzianek macha Malwina – młoda japonistka!