Będąc młodą japonistką, wciąż jestem wierna własnej tradycji. Dlatego dzisiejszy wpis dotyczy Wielkanocy! Po raz pierwszy miałam okazję świętować ją z dala od rodziny, znajomych i całej naszej polskiej tradycji, za to pomiędzy kwitnącymi wiśniami i ze słońcem na twarzy! W związku z tym postanowiłam się podzielić wrażeniami z przeżywania zmartwychwstania Jezusa w stylu azjatyckim.

Zacznijmy od podstawowego pytania – czy przeciętny Japończyk wie, kiedy jest Wielkanoc. Odpowiedź brzmi: pewnie mniej więcej ogarnia, że na wiosnę. Widziałam w sklepach parę ciasteczek z napisem „Wielkanoc” (イースター) oraz dwa zeszyty, ale to tyle. Święta Wielkiej Nocy uniknęły komercjalizacji, w związku z czym prawdopodobieństwo wpadnięcia na pisanki czy czekoladowe króliczki w supermarkecie jest znikome. Z drugiej strony utrudnia to zadanie tym, którzy wymyślili sobie wysłanie kartek z życzeniami do rodziny. Mi się żadnych znaleźć nie udało. Żałuję, że nie kupiłam noworocznych – jest chiński rok koguta. Przynajmniej jeden element by się zgadzał…

Jednak to, co najbardziej utrudnia pamiętanie konkretnej daty święta jest brak dnia wolnego. Jeśli od miesiąca nie próbujesz kupić tanich biletów do miasta rodzinnego lub nie kombinujesz, w których godzinach będą najmniejsze korki wyjazdowe, to co to za święta?! Dobra, mogę sobie do tego lekko podchodzić,bo jestem studentką, dla której ominięcie zajęć nie jest wielkim problemem. Ale wiele osób musi pracować, co nierzadko uniemożliwia im uczestnictwo w uroczystościach kościelnych. Szkoda.

Tego, czego jeszcze nie ma w Japonii, to przedświąteczna gorączka mycia, pucowania i zakupów. Z braku wyrzutów sumienia związanych z nieszorowaniem podłóg w ostatniej chwili i niepomaganiem w przygotowaniach do świąt, musiałam pójść do spowiedzi w ostatniej chwili. Przynajmniej miałam czym się denerwować. To bardzo nienaturalne, kiedy w Wielką Środę idziesz sobie spokojnie ze znajomymi na piknik i nie czujesz się wyrodnym dzieckiem, które powinno w tym czasie szorować fugi w łazience.

IMG_20170408_123906
Oni też nie sprzątają.

Triduum bez całowania

Jeśli chodzi o część kościelną, to mogę się podzielić spostrzeżeniami z parafii, do której uczęszczam. Wspólnota jest dość mała, prowadzona przez braci Augustynów i w większości jej szeregi zasilają wszelkiej maści imigranci. Dlatego dla mnie, przyzwyczajonej do obchodów na wypasie, z wielką pompą, organami, scholą, dzwonami, kadzidłem i tłumem, Triduum wydało się dość minimalistyczne. W żaden z dni ławki nie były wypełnione. Z ministrantów do mszy służył tylko jeden z braci. Pieśni prowadziła jedna kantorka, przygrywając sobie na keybordzie.

Ale mimo to Triduum nie straciło w moich oczach nic ze swojej świętości i piękną. Co prawda wszystkie nabożeństwa prowadzono po japońsku, ale język już mniej-więcej rozumiem i trochę się obyłam ze słownictwem kościelnym przez te parę miesięcy. Liturgie sprawowano tak jak trzeba, czyli wszystkie elementy były na swoim miejscu. W Wielki Czwartek umyto mężczyznom nogi. Co prawda było ich tylko pięciu i nie wychodzili na środek. Na koniec liturgii hostie zostały przeniesione do bocznej kaplicy, z której zrobiono ciemnicę.

Liturgia Wielkiego Piątku była podejrzanie krótka. Zamiast trzech godzin wyrobiliśmy się w godzinę. Poza tym adoracja krzyża nie wymagała od nikogo całowania figury. Jak to Japończycy załatwili sprawę pokłonem. Dawno nie sprzeniewierzałam się polskiej tradycji z taką radością! Nawiasem mówiąc, w japońskich kościołach nigdy się nie klęka – wystarczy ukłon. Nic dziwnego, w ich tradycji uklęknięcie nic nie znaczy.

Dodatkowo, moja parafia przyjęła bardzo ciekawą metodę czytania Męki Pańskiej. Fragmenty „Ukrzyżuj go!” wszyscy wierni czytali chórem. Takie małe przypomnienie, że nawet 9000 kilometrów od Jerozolimy, 2000 lat później, wszyscy uczestniczymy w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Ładnie.

Niestety troszeczkę przesadzono ze szlachetnym minimalizmem podczas Wigilii Wielkiej Nocy. Zrezygnowano prawie ze wszystkich czytań. Z litanii do wszystkich świętych też. Rozumiem, że czas goni, ale bez przesady. I tak całość skończyła się przed 21… Nikogo nie chrzcili, za to jedna kobietka przechodziła z luteranizmu na katolicyzm. W ramach białej szaty dostała „firankę” na głowę. Nawiasem mówiąc, widziłam dużo pań w takich woalkach normalnie przychodzących na mszę. Lokalna tradycja.

Jak się zbawić bez święconki…?

W ostatecznym rozrachunku nie tęskniłam aż tak bardzo za domem i polską Wielkanocą, jak się wcześniej obawiałam. To prawda, było mi trochę smutno, ale rozgoniłyśmy smutki przygotowując dużo polskiego jedzenia i jadąc na polską mszę po święconkę (BO BEZ ŚWIĘCONKI NIE MA ZBAWIENIA!!!). Miło zobaczyć tokijską Polonię, pośpiewać na dwadzieścia głosów i posłuchać kazania, które nie miało sensu („..dano nam puls serca Jezusa”).

Innymi słowy co tu dużo pisać, Wielkanoc zawsze jest Wielkanocą, nawet na drugim końcu globu. Cieszę się, że mogłam ją spędzić raz tak daleko od domu. Pozwoliło mi to zobaczyć, że jednak lubię Wielkanoc nie tylko ze względu na naszą tradycję narodową. I pewnie jeszcze bradziej docenić to, z jakim hukiem obchodzi się święta w Piasecznie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku już będę w domu! 😀

Wszystkim czytającym składam najserdeczniejsze życzenia na cały okres wielkanocny. Alleluja! Chrystus zmartwychwstał!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s